Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiadomości o wojnie z Prusami zaskoczyły go w Marsylji, gdzie pracował przy dekorowaniu teatru.
Marceli był nieprzyjacielem Cesarstwa, jak cała młodzież jego pokolenia. A przytem zostawał pod wpływem starych robotników, którzy brali udział w Republice 48-go i zachowali żywe wspomnienia Zamachu Stanu z 2-go Grudnia. Pewnego dnia ujrzał na ulicach Marsylji manifestację publiczną na cześć pokoju, co się równało manifestacji przeciw rządowej. Stany republikańskie w nieubłaganej walce z Cesarzem, towarzysze Międzynarodówki, która się właśnie zorganizowała i wielka ilość Włochów i Hiszpanów, uciekinierów z własnych krajów na skutek wybuchłych tam zamieszek wszystko to składało ów pochód. Jakiś rozczochrany, suchotniczy student niósł sztandar. „Żądamy pokoju, który łączy wszystkich ludzi“ śpiewali manifestanci. Ale na tej ziemi najszlachetniejsze żądania rzadko kiedy znajdują posłuch, przeznaczenie bowiem bawi się wyszydzaniem i wykoszlawianiem ich. Zaledwie przyjaciele pokoju weszli na Cannebierę ze swoim sztandarem i hymnem, gdy zagrodziła im drogę wojna. Poprzedniego dnia wysadzono na ląd kilka bataljonów Żuawów z Argelji, by szli wzmocnić stojące na granicy wojska i ci weterani przyzwyczajeni do kolonjalnego życia niezbyt skrupulatnego w zakusach wywrotowych, uznali za właściwe przeciwstawić się manifestacji, jedni z bagnetami, inni z odpiętymi pasami, „Niech żyje wojna!“ I ulewa ciosów i razów spadła na śpiewających. Marceli mógł widzieć jak mały student, wzywający pokoju z kapłańską powagą,