Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/016

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gromadki rozbudzonych wcześnie pasażerów unosiły się nad wykonaniem.
— Jaka finezja — mówiły Amerykanki. — Ci Niemcy nie są tak ordynarni, jak się wydają. Taka subtelna uprzejmość... coś dystyngowanego... I są tacy, którzy wierzą, że oni i Francuzi będą się bić.
Na bardzo nielicznych Francuzów, jadących tym parowcem, patrzono z zachwytem, jak gdyby wzrosło nad miarę poprzednie dla nich uznanie. Było ich tylko trzech: stary jubiler, który odwiedzał swoje filje w Ameryce i dwie młode panny sklepowe z ulicy de la Paix, osoby najpotulniejsze na całym parowcu, westalki o wesołych oczach i zadartych noskach, trzymające się zdaleka i niepozwalające sobie na żadne wynurzenia w tem niezbyt sympatycznem środowisku. Wieczorem odbył się bankiet galowy. Wszyscy niemieccy pasażerowie wystąpili we frakach a ich panie pokazały biel swoich łopatek. Przy deserze ozwał się dźwięk noża o kieliszek i nastąpiło milczenie. Kapitan zabrał głos. I zacny marynarz, który do swych żeglarskich czynności przyłączał obowiązek przemawiania na ucztach i otwierania balu z najdystyngowańszą z dam rozpoczął snuć różaniec słów, podobnych do tarcia o siebie chropowatych tabliczek z długiemi przerwami kłopotliwego milczenia. Desnoyers umiał trochę po niemiecku, ponieważ miał krewnych w Berlinie i mógł pochwycić niektóre słowa. Komendant powtarzał co chwila: „pokój“ i „przyjaciele“. Sąsiad przy stole, komisant handlowy, ofiarował się na tłumacza, z usłużnością człowieka żyjącego z propagandy.