Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/010

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ła zawsze piąta. Juljan widział swoją kochankę, przybywającą przy świetle tylko co zapalonych latarni, otuloną futrem i z mufką przy twarzy na podobieństwo maski. Słodki głos, jakim go witała, unosił jej oddech zmrożony zimnem, jakby mgłą białą i gęstą. Po wielu spotkaniach przygotowawczych i wahających się, porzucili ostatecznie ogródek. Miłość Juljana nabrała majestatu faktu dokonanego i schroniła się od piątej do siódmej na piątem piętrze przy ulicy de la Pompe, gdzie Juljan miał swą pracownię malarską. Starannie zapuszczone firanki na kryształowych szybach, płonący na kominku ogień i jego purpurowe płomyki, jako jedyne oświetlenie pokoju i monotonny śpiew samowara, stojącego obok filiżanek z herbatą, cały ten nastrój życia opromienionego słodkim egoizmem, nie pozwalał im spostrzedz, że wieczory bywały dłuższe, że pojawiały się przebłyski słońca w głębi perłowych szczelin, otwierających się wśród chmur, i że wiosna, wiosna blada i trwożna poczynała już pokazywać swe zielone paluszki, cierpiące od ostatnich ukąszeń zimy, która, niby czarny dzik, co uchodzi, zawracała raptownie, szczerząc groźne kły.
Następnie Juljan odbył podróż do Buenos Ayres, spotkawszy na drugiej półkuli ostatnie uśmiechy jesieni i pierwsze lodowate wiatry Pampasów. I kiedy wyobrażał sobie, że zima była dla niego wieczystą porą roku, ponieważ towarzyszyła mu stale w jego wędrówkach z jednego krańca kuli ziemskiej na drugi, tu dopiero ukazało mu się niespodziewane lato w tym miejskim ogródku.