Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/011

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gromady dzieci uganiały się i krzyczały po niewielkich uliczkach, otaczających pomnik Zadośćuczynienia. Pierwsza rzecz, jaką Juljan zobaczył wszedłszy, było serso, które potoczyło mu się pod nogi, rzucone dziecięcą ręką. Następnie potknął się o piłkę. Wokoło kasztanów skupiła się zwykła publiczność dni upalnych, szukająca błękitnego cienia upstrzonego złotemi centkami. Były to służące z sąsiednich domów, które gawędząc z robótkami w ręku, śledziły obojętnym wzrokiem rozhulane igraszki dzieci, powierzonych ich pieczy, lub mieszczuchy, co schodzili się do ogródka, aby tam przeczytać dziennik, sprawiając sobie złudzenie, że ich otacza spokój leśnej ustroni. Wszystkie ławki były pełne. Tu i owdzie kobiety siedziały na składanych taburetach z tą pewnością siebie, jaką daje posiadanie. Żelazne, wynajmowane krzesełka, służyły za miejsce odpoczynku różnym paniom, obładowanym paczkami, mieszczkom z okolic Paryża, czekającym na członków swoich rodzin, by wspólnie z niemi podążyć na pociąg Gare Saint Lazare... A Juljan, zaproponował pneumatką, jak ongi ten ogródek, jako miejsce spotkania, uważając go za mało uczęszczany. A ona, również niepomna rzeczywistości, oznaczyła w swej odpowiedzi zwykłą godzinę piątą w tem mniemaniu, że spędziwszy kilka minut w magazynach Printemps lub Galeries pod pozorem sprawunków będzie mogła wślizgnąć się do samotnego ogródka, bez obawy, że ją tam ktoś z licznych znajomych spotka.
Desnoyers doznawał zapomnianej rozkoszy — rozkoszy poruszania się na obszernej przestrzeni — czu-