Strona:Hieronim Derdowski - Walek na jarmarku.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
— 63 —

ce poczuł ból niemały, Widzi, że pan ekonom wcale nie żartuje, Naraz też się już całkiem w głowie trzeźwym czuje, Wstaje więc i czemprędzej drogą do wsi zmyka, Niby juniec, gdy w polu brzęk usłyszy gzika. Więcej się nie obalił, nawet nie potoczył, Blisko wsi znaną ścieżką po za płoty zboczył, Bo już zaczął się lękać ludzkiego spotkania, Dosyć miał on na dzisiaj różnego witania.

6. Nie ma złego, co by na dobre nie wyszło.

Matka właśnie wieczerzą stawiała w kominek, Gdy się we drzwiach ukazał wystrojony synek. Kobiecina ze strachu stanęła jak wryta: — W imię Ojca i Syna! Kto to? Zkądże? — pyta.
Walek, gdy sobie szkiełka poprawił na nosie, Rzecze: — Dyć muszą matuś poznać mnie po głosie! Patrzcie, ja-