Strona:Henryka.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pani Bernard chwyta za dzwonek. Cały dom jest w zamieszaniu.
— Leontyno! — woła, a stara klucznica przybiega, zapinając stanik. — Leontyno, prędko skocz do dorożki i sprowadź doktora Forly. Niech przyjeżdża natychmiast, natychmiast!
I siedzi przy łóżku syna, bezsilna, nie wiedząc co robić, patrząc, jak ukrywa głowę w poduszkę i ciężko, szybko oddycha.
Nareszcie, po upływie kwadransa, Leontyna wchodzi, a za nią doktor domowy, którego, na szczęście, zatrzymała właśnie w chwili, kiedy wsiadał do powozu, mającego zawieźć go do szpitala.
Jest to dawny praktyk, trzymający się cokolwiek przestarzałych prawideł sztuki, który pisze uroczyście na nagłówku recepty: „Radzę,” i który nie omieszka nigdy zakończyć danego przepisu kabalistycznemi literami M. S. A. (misce secundum artem); ale słynie z doskonałéj dyagnostyki i trafności oka lekarskiego.
Siada przy łóżku, zdejmując zwolna rękawiczki, dotyka pulsu, pyta, examinuje chorego, potém wstaje, oświadczając głosem przyjacielskim:
— Jużeśmy nie takich widzieli. Damy temu radę z łatwością.
Ale jego dobry humor dźwięczy fałszywie, i jak tylko odwrócił głowę, pani Bernard widziała, że zmarszczył brwi. Na pół żywa, wyprowadza go do sąsiedniego pokoju.
Och! okropność! To właśnie to, czego się lękała! To tyfus! Stary i rozważny doktor jest zmuszony, w interesie chorego, powiedzieć o tém pani Bernard, żeby nie zaniedbano żadnéj ostrożności.
— I choroba, — dodał, — rozwija się z nadzwyczajną gwałtownością.
Potém zapisuje swoje zlecenia i przyrzeka wrócić za kilka godzin.
Od dziesięciu dni, straszliwych i śmiertelnych dni, gorączka się powiększa, chory słabnie, a mały ciepłomierz, który mu matka co godzina wsuwa pod pachę, — och! biedne dziecko! najmniejszy ruch go męczy, — nielitościwy ciepłomierz wskazuje ciągle przerażające stopnie temperatury. Trzydzieści dzie-