Przejdź do zawartości

Strona:Henryk Sienkiewicz-W pustyni i w puszczy.djvu/048

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
—   40   —

sie których nie godzi się nam robić wycieczek. Przyjdźcie pojutrze rano.
 — Dziękujemy, efendi.
 — A wielbłądy macie dobre? — zapytał pan Rawlison.
 — Bismillah! — odpowiedział Idrys: — prawdziwe hegin (wierzchowe) o tłustych garbach i łagodne, jak ha’-ga (owce). Inaczej Cook nie byłby nas najął.
 — Nie trzęsą nadto?
 — Można, panie, położyć garść fasoli na grzbiecie każdego z nich i żadne ziarnko nie spadnie w najszybszym biegu.
 — Jak przesadzać, to już po arabsku — rzekł, śmiejąc się pan Tarkowski.
 — Albo po sudańsku — dodał pan Rawlison.
 Tymczasem Idrys i Gebhr stali wciąż, jak dwie białe kolumny, przypatrując się pilnie Stasiowi i Nel. Księżyc oświecał ich bardzo ciemne twarze, które przy jego blasku wyglądały, jakby wykute z bronzu. Białka ich oczu połyskiwały zielonawo z pod turbanów.
 — Dobranoc wam — rzekł pan Rawlison.
 — Niech Allah czuwa nad wami, efendi, w nocy i we dnie.
 To rzekłszy, skłonili się i odeszli. Przeprowadzało ich głuche, podobne do dalekiego grzmotu, warczenie Saby, któremu dwaj Sudańczycy nie podobali się widocznie.