Strona:Henryk Sienkiewicz-Potop (1888) t.4.djvu/235

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Nieznany on tam nie jest, bo kto o Babiniczach nie słyszał, jako o familiantach i statecznych ludziach! (pierwszy pan starosta nigdy w życiu o Babiniczach nie słyszał). Zresztą — mówił dalej — mogłabyś jej którą ze statecznych niewiast do kompanii dodać, to i decorum byłoby zachowane. Za Babinicza ja ręczę. Powiem ci i to, pani siostro, że ma on w tamtych stronach narzeczoną, w której srodze jest, jak sam powiada, zakochany… A kto zakochany, temu co innego w głowie. Grunt w tem, że taka druga sposobność nieprędko może się trafić; natomiast może fortuna dziewie przepaść i na dojrzałe lata zostanie bez dachu nad głową.

    Księżna przestała haftować, podniosła głowę i utkwiła w bracie przenikliwe oczy.

    — Co ty masz w tem, żeby ją ztąd wyprawić?

    — Co ja mam w tem? — mówił spuszczając wzrok pan starosta — co mogę mieć? nic!

    — Janie!… tyś się z Babiniczem zmówił na jej cnotę?!

    — Ot, jest! Jak mi Bóg miły! tego tylko brakło. Przeczytasz tedy list, który do pana Sapiehy napiszę i własny dodasz… A jać jeno przyrzekam, iż się z Zamościa nie ruszę. Wreszcie sama Babinicza wybadasz i sama go prosić będziesz, aby się funkcyi podjął. Skoro mnie posądzasz, to nie chcę o niczem wiedzieć.

    — Czemu zaś tak nastajesz, by ona wyjechała z Zamościa?

    — Bo jej dobra pragnę i o fortunę niezmierną chodzi. Wreszcie… przyznaję! Siła mi na tem zależy, aby ona z Zamościa wyjechała. Oto sprzykrzyły mi się twoje posądzenia, nie w smak i to, że na mnie ustawnie brwi marszczysz i surowie spoglądasz… Myślałem, że