Strona:Henryk Sienkiewicz-Potop (1888) t.4.djvu/232

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Tem lepiej, z tem większą spokojnością ci ją powierzę.

    Nastała chwila milczenia.

    — Co? podjąłbyś się? — spytał starosta.

    — Z Tatarami idę.

    — Powiadali mi ludzie, że się Tatarzy waćpana gorzej ognia boją. No, co? podjąłbyś się?

    — Hm! dlaczegoby nie, gdybym waszę wielmożność miał tem zobowiązać… Jeno…

    — Aha! myślisz, że trzeba, aby księżna permisyą dała… Da! jak mi Bóg miły! Bo imaginuj sobie, że ona mnie posądza…

    Tu pan starosta począł coś długo szeptać do ucha Kmicicowi, wreszcie dodał głośno:

    — Okrutnie była za to na mnie krzywa, a ja uszy kładłem po sobie, bo to z babami wojować! at! wolałbym Szwedów pod Zamościem. Ale będzie miała najlepszy dowód, że nic złego nie zamyślam, skoro sam dziewkę chcę ztąd wyprawiać. Srodze się zdziwi, prawda… No! przy pierwszej sposobności o tem z nią pogadam.

    To rzekłszy starosta, zakręcił się i odszedł, Kmicic zaś popatrzył za nim i mruknął:

    — Wniki jakieś, panie starosto, zastawiasz, a choć celu nie rozumiem, przecie sidło widzę dobrze, bo i wnicznik z ciebie okrutnie niezgrabny.

    Pan starosta zaś kontent był z siebie, chociaż dobrze to pojmował, że połowa dopiero roboty została dokonana, a pozostawała druga, tak trudna, że na myśl o niej ogarniało go zwątpienie, a nawet i strach: poprostu należało uzyskać pozwolenie księżnej Gryzeldy,