Strona:Henryk Sienkiewicz-Potop (1888) t.3.djvu/355

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ale masz słuszność, że tu chodzi o cześć Najświętszej Panny, o ten święty przybytek, o kraj cały! A ty, mój synu, czyli szczęśliwie wrócisz, czyli palmę osiągniesz, sławę, szczęście najwyższe, zbawienie osiągniesz. Przeciw sercu powiadam ci więc: idź, ja cię nie wstrzymuję!… Modlitwy nasze, opieka Boska pójdą z tobą…
— W takiej kompanii pójdę śmiele i rad zginę!
— A wracaj, żołnierzyku Boży, a wracaj szczęśliwie, bośmy cię tu pokochali szczerze. Niechże cię Rafał święty prowadzi i odprowadzi, moje dziecko, mój synaczku kochany!…
— To ja zaraz przygotowania poczynię, — rzekł wesoło pan Andrzej, ściskając księdza — przebiorę się poszwedzku w kolet i koliste bóty, prochy naładuję, a wy tymczasem, ojcze, egzorcyzmy jeszcze na tę noc wstrzymajcie, bo mgła potrzebna Szwedom, ale potrzebna i mnie.
— A niechceszli wyspowiadać się przed drogą?
— Jakżeby inaczej! Bez tegobym nie poszedł, bo dyabełby miał przystęp do mnie.
— To od tego zacznij.
Pan Piotr wyszedł z celi, a Kmicic klęknął przy księdzu i oczyścił się z grzechów. Potem zaś wesoły jak ptak poszedł czynić przygotowania.
W godzinę, dwie później, wśród głębokiej już nocy zapukał znowu do celi księdza przeora, gdzie pan Czarniecki czekał także na niego.
Obaj z księdzem ledwie go poznali, taki z niego był Szwed wyśmienity. Wąsy podkręcił pod oczy i rozczapierzył na końcach, nałożył kapelusz nabakier i wyglądał zupełnie na jakiegoś rajtarskiego oficera znakomitego rodu.