Strona:Henryk Sienkiewicz-Potop (1888) t.3.djvu/354

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ej, ojcze dobrodzieju! Toż ja u was u spowiedzi byłem i do wszystkich moich praktyk szczerze się przyznałem. Były między niemi nie gorsze od tej, którą zamierzam; jakże to możecie wątpić, czy się podejmę? Zali mnie nie znacie?
— To bohater, to rycerz nad rycerze, jak mi Bóg miły! — zakrzyknął Czarniecki.
I chwyciwszy Kmicica za szyję, mówił dalej:
— Dajże gęby za samę ochotę, dajże gęby!
— Pokażcie inne remedium, to nie pójdę, — rzekł Kmicic — ale widzi mi się, że jakoś tam sobie poradzę. I pamiętajcie o tem, że ja poniemiecku gadam, jakobym klepką i wańczosami w Gdańsku handlował. To siła znaczy, bo bylem przebranie miał, niełatwo odkryją, żem nie z ich obozu. Ale tak myślę, że tam nikt przed wylotem armaty nie stoi, bo niezdrowo i że robotę zrobię, nim się obejrzą.
— Panie Czarniecki, co o tem waszmość sądzisz? — spytał nagle przeor.
— Na stu jeden chyba powróci z takiej imprezy, — odrzekł pan Piotr — ale audaces fortuna juvat!
— Bywało się w gorszych opałach, — rzekł Kmicic — nic mi nie będzie, bo takie moje szczęście! Ej, ojcze kochany, i co za różnica! Dawniej człek dla pokazania się, dla próżnej sławy, lazł w hazard, a teraz na cześć Najświętszej Panny. Choćby też i przyszło nałożyć głową, co mi się nie widzi, powiedzcie sami: możnali komu chwalebniejszej śmierci życzyć, jak owo za taką sprawę?…
Ksiądz długo milczał, nakoniec rzekł:
— Perswazyą, prośbami, błaganiem bym cię wstrzymywał, gdybyś sobie jeno do sławy słać drogę pragnął,