Strona:Henryk Sienkiewicz-Potop (1888) t.1.djvu/139

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    zaprzysiąc musicie, na Boga Najwyższego i święty krzyż...

    — Poczekajcie jeno! — zawołał Kmicic — wolno ze wszystkimi ludźmi odjadę i pannę ze sobą zabiorę.

    — Panna tu zostanie — odparł pan Wołodyjowski — a ludzie w jasyr do szlachty pójdą.

    — Nie może być.

    — To się prochami wysadzaj! Już my jej odżałowali, a co do ludzi, to się ich spytaj, co wolą...

    Nastała znów cisza.

    — Niechże tak będzie — rzekł po chwili Kmicic. — Nie dziś ją porwę, to za miesiąc. Nie skryjecie jej pod ziemią! Przysięgajcie!

    — Przysięgajcie! — powtórzył pan Wołodyjowski.

    — Przysięgamy na Boga Najwyższego i święty krzyż. Amen!

    — No, wychodź, wychodź waść! — rzekł pan Michał.

    — Pilno waszmości na tamten świat?

    — Dobrze, dobrze! jeno prędzej.

    Sztaby żelazne, trzymające drzwi od wewnątrz, poczęły szczękać.

    Pan Wołodyjowski usunął się wtył, a za nim szlachta, by miejsce uczynić. Wnet drzwi otworzyły się i ukazał się w nich pan Andrzej, rosły, smukły jak topola. Brzask już był na świecie i pierwsze blade światełka dnia padły na jego twarz hardą, rycerską, a młodą. Stanąwszy we drzwiach, spojrzał śmiało na czeredę szlachty i rzekł:

    — Zaufałem waszmościom... Bóg wie, czym dobrze uczynił, ale mniejsza z tem!... Który tu pan Wołodyjowski?