Strona:Henryk Sienkiewicz-Potop (1888) t.1.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przez jakiś czas nie było odpowiedzi. Serca laudańskich biły niespokojnie.
— Na szable? — spytał wreszcie Kmicic. — Może to być!
— Jeślić tchórz nie oblatuje, to i będzie!
— Parol kawalerski, że odjadę wolno?
— Parol...
— Nie może być! — krzyknęło kilka głosów między Butrymami.
— Cicho waściowie, do stu dyabłów! — huknął pan Wołodyjowski — a nie, to niech siebie i was prochem wysadza.
Butrymowie zamilkli, po chwili jeden z nich rzekł:
— Będzie tak, jak wasza mość chce...
— A cóżtam? — pytał szydersko Kmicic. — Szaraczki się zgadzają?
— I zaprzysięgną na mieczach, jeżeli waść chcesz.
— Niech przysięgają!
— Kupą tu waszmościowie, kupą! — wołał pan Wołodyjowski na szlachtę, stojącą pod ścianami i otaczającą cały dom.
Po chwili wszyscy zebrali się pod głównemi drzwiami i wnet wieść, że Kmicic chce się prochami wysadzić, rozniosła się na wszystkie strony. Stali tedy, jak w kamienie zmienieni ze zgrozy; tymczasem pan Wołodyjowski podniósł głos i mówił wśród ciszy grobowej:
— Wszystkich tu obecnych waszmościów biorę na świadki, żem pana Kmicica, chorążego orszańskiego, wyzwał na bitwę samowtór, i to mu przyrzekłem, iż jeśli mnie położy, odjedzie wolno, nie doznając w tem od waszmościów przeszkody, co mu na rękojeściach