Strona:Henryk Sienkiewicz-Ogniem i mieczem (1901) t.3.djvu/184

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Zginiesz! — ozwał się nagle Bohun.
    — Zginiesz! — odpowiedział jak echo Wołodyjowski.
    Wtem kozak sztuką, najbieglejszym tylko szermierzom znaną, przerzucił nagle szablę z prawej ręki do lewej i dał cios od lewicy tak okropny, że pan Michał, jakby piorunem rażony, padł na ziemię.
    — Jezus Marya! — krzyknął Zagłoba.
    Ale pan Michał padł umyślnie i właśnie dlatego szabla Bohunowa przecięła tylko powietrze, mały rycerz zaś zerwał się jak dziki kot i całą niemal długością ostrza ciął straszliwie w odkrytą pierś kozaka.
    Bohun zachwiał się, postąpił krok, ostatniem wysileniem dał ostatnie pchnięcie; pan Wołodyjowski odbił je z łatwością, uderzył jeszcze po dwakroć w pochylony łeb — szabla wysunęła się z bezwładnych rąk Bohuna i padł twarzą na piasek, który wnet zaczerwienił się pod nim szeroką kałużą krwi.
    Eljaszenko, obecny przy bitwie, rzucił się na ciało atamana.
    Świadkowie przez jakiś czas nie mogli słowa przemówić, a pan Michał milczał także; wsparł się obu rękoma na szabelce i oddychał ciężko.
    Zagłoba pierwszy przerwał milczenie:
    — Panie Michale, pójdź w moje objęcia — rzekł z rozczuleniem.
    Otoczyli go tedy kołem.
    — To waść gracz pierwszej wody! Niech waści kule biją! — mówili panowie Sieliccy.
    — Waść widzę z cicha pęk! — rzekł Charłamp. — Stanę ja waszmości, żeby nie mówiono, iżem się uląkł,