Strona:Henryk Sienkiewicz-Humoreski z teki Worszyłły.pdf/244

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A rzeczywiście trzeba było i sporo przyzwyczajenia. Fabryka była w pełnym biegu. Ogromne koła zębate i niezębate poruszały się z piekielnym rozmachem i piekielną szybkością; olbrzymie tłoki podnosiły się i spadały ruchem, mającym coś potwornego, warczenie kół, łoskot, zgrzyt, przeraźliwy świst i bolesne wycie piłowanego żelaza, huk młotów, ściskały duszę jakiemś nieokreślonem a lękliwem poczuciem owej niepojętej siły, która nadawała ruch wszystkiemu. Każda cegiełka budynku trzęsła się, jak w febrze; słowa ginęły dla ucha; samo powietrze zdawało się drżeć przelękłe.
— A, co panie? — krzyknął inżynier do ucha Złotopolskiemu.
— Potęga! potęga!
— A tak ciągle jest od czasu, jak mamy dyrektorem Iwaszkiewicza.
— Czy tak?
— To panie jego ręka porusza wszystko.
— Ano zdolny musi być człowiek?
— Ho! ho! A przytem praca! praca! Dawniej tu inaczej bywało. Fabryka poczynała już bankrutować. Chodź pan dalej.