Strona:Henryk Ibsen - Peer Gynt.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Syczą, jakgdyby trociny padały
Z pod zębów piłki.

(przeciska się obok płotu. Na dziedziniec, w towarzystwie rodziców, wchodzi SOLWEJGA, prowadząc małą HELGĘ za rękę)

JEDEN Z MĘŻCZYZN: (do drugiego wpobliżu Peera)
O, ludzie ze świata!
DRUGI MĘŻCZYZNA: Jakto?
PIERWSZY MĘŻCZYZNA:
Z za morza. Siedzieli tam lata.
DRUGI MĘŻCZYZNA: Prawda, z zachodu,
PEER: (zastępuje drogę nadchodzącym, wskazując na Solwejgę, zwraca się do mężczyzny)
Człowieku kochany,
Czy mogę córkę twą zaprosić w tany?
MĘ2CZYZNA: (głosem łagodnym) Owszem, lecz naprzód przywitać się muszę,
Ot, z gospodarzem.
KUCHARZ: (do Peer Gynta, podając mu szklanki piwa)
Posilże swą duszę,
Kiedyś już przyszedł!
PEER: (nie odwracając się, patrzy za odchodzacymi)
Dziękuję za piwo.
Myślę zatańczyć.

(KUCHARZ oddala się - Peer Gynt spogląda na dom i śmieje się)

Oho, istne dziwo!
Dziewka niczego, zacna, ani słowa.
A jak się skromnie za fartuszek chowa
Swojej macierzy, jak spuszcza oczęta…
A w ręku książka, w chustkę zawinięta,
Pobożna, widać… przypatrzeć się godzi.

(chce wejść do izby)