Strona:Helena Staś - Z życia redaktora.djvu/2

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    nych członkach, widział się młodym, pełnym sił, wstępującym na arenę życia! — Pióro obrał za oręż, bo orężem tym — był pewny — podbije serca wszystkich. — bodaj świat cały!... Roił: powiedzie społeczeństwo ku szczytom doskonałości, choćby sam — gladyatorem miał zostać.
    Siłą myśli i słowa, sądził, przeniknie i opanuje tłumy i — powiedzie je swą drogą na wyżyny!
    Istotnie, coraz to większe tłumy go otaczały.
    Był redaktorem; więc możni i mali, uczeni i artyści, księża i politykierzy, ściskali mu ręce, by dodać siły do pióra...
    A on, wnikając w żądne pochlebstw sławy i intryg tłumy, powoli — zatracał samego siebie. I nie był już sobą, ale cząstką społeczną.
    Młodociane marzenia tonęły gdzieś na dnie nieświadomej jednostki, a występował choć świadomy człowiek, ale niesiony prądem społecznej fali... A fala ta gnała go naprzód — dalej i dalej — ukazując coraz to nowe widnokręgi...
    Na mitrach książęcych, na planach politycznych, na intrygach możnych, na sekretach kleru, na odkryciach uczonych, na sławie artystów, szedł wyobraźnią wyżej, aż doszedł szczytu Olimpu. — A gdy z szczytu owego, popatrzał na poplątaną myśl ludzką, która podobnie jak sieć w niewodzie, oplątuje również słabszych, — na niemożliwości rozplątania zadzierzgniętych jej węzłów i węzełków, — radby był bodaj z najwyższego szczytu światła zejść w ciemność — gdzie myśl spowita snem, marzy zaledwie niewyraźnie — o nieznanych jej drogach. — W chwilach takich, wąziutką drożynę zostawiona dla siebie intuitywnie — obok traktów, dróg, ścieżek ambitnego tłumu, — zbliżał się do matki natury i na jej łonie koił zawiedzione nadzieje, stargane siły, zbolałe serce — złamaną duszę.
    Pamięta, gdy wyczerpywany rozwiązywaniem starych i nawiązywaniem nowych węzłów myśli siedział samotny o szarej godzinie — zdala od miejskiego gwaru w swoim pokoiku, gdzie przez otwarte okno wpadał zapach skoszonej opodal łąki, — coś, jak ból i tęsknota za czemś straconem, coś, jak pragnienie spokoju, w którym i on i całe społeczeństwo odrodzić by się mogło — rozpierało mu piersi.
    Czuł w nastroju społecznem ogólne naprężenie, czuł — zbliżającą się burzę. I, czy to w danej chwili podniecony czystem zapachem łąki, czy uniesiony dźwiękiem wieczornych dzwonów przypominających “Aniół Pański”, czy rozrzewniony docho dzącym gdzieś od łąki drzącym prostaczym głosem na nutę “Kto się w opiekę”, czy porwany wszy stkiemi razem dźwiękami przeszłości — jęczącemi mu na dnie duszy miłością — bólem nadzieją, — bo zdzierał z siebie nabytą szatę sztucznego piękna i maluczki — pokorny — wołał: — Panie! oddal burzę; jeśli już nie słońce, to daj nam spokój księżycowej nocy!
    Z modlitwą tą, ukojenie wpływało do skołatanej duszy, a dźwięczący w półmrocznej godzinie “Anioł Pański” zlewajacy się z zapachem polnych kwiatów, złączony z drzącym głosem prastarej pieśni, — tajemniczem brzmieniem dotykał mu strun serca — budził zapomniane pierwiastki i nowem światłem cisnął się do mózgu — gdzie ukazywał się jako zwiastun poczęcia nowego ducha...
    Maluczkim był w takich chwilach i jeśli zdarzało się, że podówczas usłyszał szelest za drzwiami, a potem pukanie, a potem w uchylonych drzwiach ujrzał uśmiechniętą różową twarzyczkę, — zapominał o troskach, o społeczeństwie, o świecie całym, i jak dziecko w obrazek, lub ranny oracz w wschód