Strona:Helena Staś - Z życia redaktora.djvu/3

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    słońca patrzał z zachwytem w różowy buziaczek.
    Jutrzenka ukazywała się na tle nocy i jakby symbolizując jego myśli — niosła światło, stawiała je przed nim i srebrnym głosikiem jak dzwonek ranny po rosie oznajmiała: — Mama prosi na herbatę!
    A jeśli nie podnosił się zaraz, podbiegła bliżej i patrząc figlarnie w rozłagodzone jego rysy — groziła paluszkiem — i dodawała:
    — Znów Pan marzyłeś! i pewno obcowałeś z muzami!...
    — Ej co tam muzy! — odpowiadał, — tyś królową wśród wszystkich muz świata!
    — Gdybym była królową świata — mówiła niby poważnie — patrząc ciągle w niego tym zaczepno odpornym wzrokiem — zapędziłabym wszystkie muzy w najciemniejszy zakątek ziemi, geniuszom — odebrałabym skrzydła i gwiazdy, — i kazałabym światu zrobić wielkie święto! — dałabym na chwilę spocząć ludzkiej myśli!
    Podczas — gdy mówiła — pochłaniał ją wzrokiem.
    Liczyła szesnasty rok. Znał ją od lat pięciu. Przez cały ten czas śledził pilnie zamknięty pączek kwiatu, ciekaw — jaki kolor nosi w swoim łonie. Każdy objaw jej myśli chwytał skwapliwie, by po nim spojrzeć w drzemiącą jeszcze duszyczkę. Chciał widzieć jej wrażenie — gdy budzić się będzie.
    Więc gdy w nieświadomości swej, trąciła jakby z lekceważeniem sztukę, on, patrząc na nią trochę uporczywie, trochę ciekawie — mówił wolno:
    — Musiałabyś najpierw sama wyrzec się wszystkiego co ci sztuka dała!
    — Hi—hi—hi—hi — zaśmiała się — sztuka? alboż ja ją znam? alboż posiadam cokolwiek z jej własności?
    — Tę sukienkę perkalikową da ła ci także sztuka, więc chcąc być królową prostoty i odbierać geniuszom piękno, musiałabyś wyrzec się jej i tylko w szacie natchnienia stanąć przed światem.
    Dziewczę, nie rozumiejąc dobrze zawartej w słowach tych myśli, zaróżowiało się jak pączek białej róży przed rozwinięciem. Spuszczała oczy i zawstydzona, zamyślona, stała w miejscu — drząc cokolwiek, podobna kwiatuszkowi uchylającemu listeczki — promieniowi słońca.
    A on, myślą, zdzierał z niej perkalikową sukienkę, oglądał niekształtne formy jej ciała, nasłuchiwał niespokojnie bijącego serduszka, gonił za wypłoszoną nagle myślą. — Doganiał, chwytał z rozkoszą, stroił w szatę natchnienia i mówił do siebie — Taką poprowadzę cię przez tłumy — ku szczytom Olimpu — po gwiazdę geniusza!
    Zaledwie myśl ta się zrodziła a już jej żałował. Zwątpienie go ogarniało.
    — A ona? gdzie pójdzie ona ze szczytu Olimpu? Czy nie zechce również zejść na dół — szukać niekształtnego ciała — nie rozwiniętej myśli?
    Ból szarpał mu serce.
    Co lepiej? Czy wieść ją stromemi ścieżkami ludzkiej myśli ku szczytom sławy, czy zostawić drzemiącą na łonie natury?
    Przez ten czas, dziewczę, bujało także myślą po nieznanych jej drogach, i, czy spotkało może na nich tego myśl, który ją na nie skierował i przeczuciem wiedzione odgadło jej sprzeczność w tej chwili i bało się utracić cenne drogowskazy, czy z innych jakich pobudek, bo podnosiło na niego z wyrazem wymówki oczęta — a usprawiedliwiając niby swą śmia łość — mówiło: — Herbata pewno ostygnie! I nie tak już wesoło jak kiedy wchodziła — szła ku drzwiom.
    Z westchnieniem podnosił się za nią i on, a myśląc w połowie o ofierze jaką uczyni dla społeczeństwa, bo obowiązek społeczny wziął górę nad rozumowaniem samoistnego człowieka a w połowie myśląc o wspomnianej herbacie — powtarzał:
    — Dla dobra społeczeństwa