Strona:Helena Mniszek - Czciciele szatana.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Więc mi nie ustąpisz...?
— Nie.
— Nawet, gdy poproszę...?
— Nawet wtedy.
— Więc — sam a pojadę... do... Neapolu.
— Nie. Zostaniesz ze mną. Zdaje się, że to ja mam mieć ster w ręku. Tak...? Zatem, jeśli ja mam być faktycznie sterem, muszę być samodzielnym. Nie na tyle, bym gardził twoją wolą, lecz muszę mieć koniecznie swobodę wyboru i decyzji. W tym wypadku tak postanawiam i tak będzie. Niech się moje umiłowanie z tem zgodzi i przestanie dąsać.
Ona przez długą chwilę patrzała w jego oczy i nagle rozpogodziła się, zarzucając mu ręce na szyję przylgnęła do jego piersi. Pieściwie zaczęła muskać ustami jego twarz.
— No, już dobrze, nie gniewaj się, panie mój, ukochany mój, despotyczny panie i władco. No, rozprostuj te swoje sokole brwi. Bądź zawsze sterem, zawsze en maître, jak mi to kiedyś sam zapowiedziałeś, pamiętasz...? ja ci chcę ulegać, bo ulegać ukochanemu mężczyźnie, to chyba największe szczęście kobiety,