Strona:Helena Mniszek - Czciciele szatana.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Twarz kobiety rozjaśniła się, z oczu trysnął ogień zapału i ekstatycznej podniety. Nagle żywiołowym ruchem zarzuciła ręce na szyję mężczyzny i przylgnęła do jego piersi z okrzykiem szału.
— Jestem tak bardzo, tak bezmiernie szczęśliwa!
Porwał ją i przygarnął do siebie. Długą chwilę trwali w upojeniu bezpamiętnem, poczem on, patrząc na jej zmrużone powieki, na jej twarz jasną, pełną szczęścia, przytuloną do siebie, na jej drżące krwawe usta, zaczął szeptem gorącym mówić wiersz do niej:

„Kiedy cię widzę wesołą, promienną
Poznaję, żeś jest moją i niezmienną.
I tak mi wówczas jasno i wesoło.
Że wszystkim burzom śmiało stawiam czoło.
Idę w zawody z wichry, z huragany,
Bo czuję, że jest ze mną duch mój ubóstwiany,
Co w mrokach życia i w życia niedoli
Krzepić mię będzie, z ginąć nie pozwoli.
Słodkie ty moje, moje kryształowe
Daj, niechaj w dłonie ujmę twoją głowę,