Strona:Helena Mniszek - Czciciele szatana.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Wracasz do swego i może się mylisz?
— Pozwól jedyna, że mogę mieć co do tego więcej doświadczenia. Prawdziwa kobiecość, szczera w swych objawach, bywa mniej dostępna, a napewno etyczniejsza, niż strojące się w piórka krzykliwej emancypacji zwykłe zmysłowe babska lub pannice. Wszystko, co się stara ukrywać w jakimkolwiek cieniu — boi się i wstydzi światła. Nie przeczę, że są i szczere pomiędzy takiemi krzykaczkami, lecz takie najczęściej nie mają już nic do stracenia i, same to rozumiejąc, biorą sobie za dewizę dantejskie Lasciate ogni speranza!
— Mój pan jest złośliwy! Dosyć już krytyki i pieszczot, trzeba iść do pracy. Nie! nie! już nie dam ust i wziąć ich nie pozwolę. No, nie, nie chcę! nie bądź taki despotyczny. Już mnie niema!.
— Zerwała się, lecz on ją zatrzymał.
— A oto jesteś i...
Po krótkiej lecz szalonej chwili pocałunku, uwolniła się z jego objęć, przeciągając dłoń po czole, potrząsnęła głową.