Strona:Helena Mniszek - Czciciele szatana.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

gdyż ta twoja istotność i odrębność odpowiada mi w zupełności. Dopełniamy się oboje jako duchy i jako typy. Daj mi dłoń swoją.
Wyciągnął do niej ramiona. Tyle uczucia i natchnienia niemal malowało się na jego twarzy, że kobieta uniesiona szczęściem, z okrzykiem rozkoszy upadła do jego nóg, siedząc na dywanie, złożyła głowę na jego kolanach i zmrużyła oczy z nadmiaru upojenia. On pochylony nad nią gładził jej włosy rasową swą ręką, szepcząc słodkie, pieściwe słowa.
Z majolikowej płaskiej wazy, stojącej obok na konsoli lustra wyszarpnął olbrzymi pęk krwawych róż i złożył u jej stóp.
— Teraz tylko wonne róże składam ci w hołdzie. Ale to jeszcze nie to, cobym pragnął, to nie cały świat.
— Cały świat jest w nas samych, zawiera się w naszem szczęściu.
Patrzał na nią z bezmierną tkliwością.
— Czego się uśmiechasz? — spytał.
— Myślę w tej chwili, że jednak miłość to wszechpotęga, to uczucie święte, lecz tak pojmowane jak przez nas, ze strony najgłębszej —