Strona:Helena Mniszek - Czciciele szatana.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Ja mogłem się obawiać tego samego, a jednak po ciebie sięgnąłem i zdobyłem.
— Tyś mężczyzna, inna psychologja, inne role. Zresztą i ty nie odrazu byłeś pewny mych uczuć i ty wątpiłeś w ich siłę i stałość. Wszakże pisałeś do swego przyjaciela-sarkazmu? Nazywałeś się szaloną głową, myśląc, że jesteś dla mnie rozrywką chwilową. To był zjadliwy wiersz. Oj ty..!
— Tak, lecz poznawszy twą żywiołowość, głębinę twej duszy, wiedziałem, że i w uczuciach będziesz taką samą. Masz duży temperament, lecz twoja strona duchowa okazała się jeszcze silniejszą. To mię do ciebie bardziej przykuwa, niż gdybyś...
Jej twarz zapłonęła.
— Dać ci jeszcze kawy..?
— Nie, już dziękuję, spójrz na mnie, krysztale mój — rzekł figlarnie.
— Czuję twój uśmiech i nie chcę, boję się go.
— Lubię tę twoją czystość i nieskalaność duchową, czasem się dziwię, żeś ją tak uchowała. Kocham cię za to stokroć więcej. Tyś jest ta,