Strona:Helena Mniszek-Ordynat Michorowski.pdf/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Razem z Lucią przyjechał Brochwicz.
Stosunek jego do ordynata stał się znamiennym.
Brochwicz kochał narzeczoną i bał się jej utracić. Do Głębowicz jechał niechętnie, przeczuwając, że będą one dla Luci powodem nowych walk, odświeżeniem niezaschłej zresztą męki uczuć. Młody hrabia nieufnie patrzał na ordynata, wstydził się tego wrażenia sam przed sobą i był skrępowany.
Lucia pod pozorną odwagą, nawet brawurą, drżała wewnętrznie.
Chciała wyjaśnień z Waldemarem i szukała odpowiedniej chwili.
Gdy cały zamek zapadł w głuchą ciszę nocy, Lucia śmiało weszła do gabinetu Waldemara. Była blada, lecz spokojna.
On powstał na jej widok. Serce biło mu żalem, dramat miał w piersi.
Stanęła tuż przy nim. W ostatniej chwili zabrakło jej odwagi. Słowa przemówić nie mogła. Przestrach mignął w jej oczach. Trzęsła się okropnie.
Waldemar wziął jej dłonie zimne, jak umarłej.
— Luciu... droga, dziecko, więcej... spokoju... — szepnął.
— Waldy... Ty wiesz, że... idę za Jerzego.
— Wiem — odparł zdziwiony.
— Ja jego... nie kocham! — wybuchnęła.
Ostatnia kropla krwi uciekła z serca Waldemara.
— Nie kocham, i ty wiesz o tem! Waldy!
Szalonym rzutem załamała ręce, zakrywając niemi oczy. Z ust jej wybiegł straszliwy krzyk.
— Ciebie jednego kocham! miłuję! tylko ciebie! Słyszysz?! Tyś mój, w duszy zaryty! Za tamtego... jedynie z rozpaczy. Waldy! czyś ty bez serca?!
Spazm okrutnego płaczu targnął nią przeraźliwie.
Waldemar czuł, że leci w otchłań.
— Luciu! na miłość Boga!...
Załamał mu się głos bezradnie.
Upadł na fotel i schował twarz w dłoniach. Ona płakała.
Ponura cisza smutnych przeznaczeń omotała ich tragicznie.
On pierwszy ocknął się z bolesnej wrzawy duchowej.
Wstał i ręce jej przytulił do piersi.