Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


by mój stosunek do Klarimondy sprowadzić na poważniejszy poziom, aniżeli te igraszki trwające całymi godzinami? Ostatniej nocy rozmyślałem o tem. Mogę przecie po prostu wziąć kapelusz i płaszcz i zejść na dół, po schodkach na kurytarz, a potem dwoje schodów. Pięć kroków przez ulicę, potem znów dwoje schodów. Na drzwiach jest mała tabliczka, na niej napis: Klarimonda — — Klarimonda — co? — Nie wiem, — ale Klarmionda jest tam. Wówczas pukam i wtedy — —
Dotąd mogę sobie wszystko jak najdokładniej wyobrazić, każdy najdrobniejszy ruch pomyślany widzę dokładnie. Ale nie mogę sobie wcale wyobrazić, co potem będzie. Drzwi otwierają się, to widzę. Ale staję w nich i patrzę w ciemność, która nic, nic rozpoznać nie dozwala. Nie przychodzi, — nikt nie przychodzi; nie ma wogóle tam nic. Tylko ta czarna, nieprzenikliwa ciemność.
Czasem zdaje mi się, że nie ma wcale innej Klarimondy prócz tej, którą tam przy oknie widuję i która bawi się ze mną. Nie mogę sobie wyobrazić jakby ta kobieta wyglądała w kapeluszu, lub innej sukni, aniżeli ta czarna z tulipanami lila; nie mogę sobie wyobrazić jej bez rękawiczek. Gdybym ją miał ujrzeć na ulicy, w jakiejś restauracyi jedzącą, pijącą, rozmawiającą — śmieję się serdecznie wbrew woli, tak mi się to dziwnem wydaje.
Czasem zapytuję siebie, czy ją kocham. Nie mogę sam na to z całą pewnością odpowiedzieć, gdyż dotąd nie kochałem jeszcze. jeśli jednak to uczucie, które żywię do Klarimondy rzeczywiście jest miłością, to jest ona w każdym razie zupełnie, zupełnie inną, aniżeli ta, zauważana u kolegów, lub znana mi z powieści.
Bardzo mi trudno ustalić moje uczucie. Przedewszy-