Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zaledwie to ujrzy natychmiast czyni to samo. Skinę głową ona także to czyni; poruszam ustami jakbym do niej mówił a ona czyni to samo. Wówczas odgartuję włosy od skroni, a już jej ręka jest przy skroni. Prawdziwa dzieciniada, śmiejemy się przy tem oboje. To znaczy, — właściwie nie śmieje się ona, jest to uśmiech cichy, pełen poddania się, — tak samo i ja również uśmiecham się, jak sądzę.
Ostatecznie nie jest to wszystko tak głupie, jak by się zdawało. Nie jest to puste naśladowanie, sądzę, że sprawiać nam to będzie niebawem ból; musi przytem zachodzić pewnego rodzaju poruszenie myśli. Gdyż Klarimonda naśladuje moje ruchy w najdrobniejszej cząstce sekundy, zaledwie ma tyle czasu by je spostrzedz, a już je wykonywa; czasem zdaje mi się, że dzieje się to równocześnie. Oto to co mnie podnieca, aby ciągle coś nowego nieprzewidzianego uczynić. Zadziwiającem jest jak ona to wszystko także natychmiast czyni. Czasem staram się sprawić jej kłopot. Wykonywam całą ilość ruchów szybko, niemal równocześnie; potem powtarzam te same ruchy jeszcze raz i jeszcze raz. Wreszcie wykonywam te same ruchy, ale zmieniam ich następstwa, lub jeden z nich wykonywam inaczej, albo opuszczam go. Tak jak to dzieci nieraz czynią bawiąc się. Dziwnem jest, że Klarimonda ani razu nie uczyniła fałszywego ruchu, aczkolwiek zmieniam je tak szybko, że zaledwie ma czas, rozpoznać każdy poszczególny.
To wypełnia mi cały dzień. Ale ani przez sekundę nie odnoszę wrażenia, że marnuję czas na próżno; przeciwnie, zdaje mi się, że nigdy niczego ważniejszego nie czyniłem. Środa, 16. marca.
Czy to nie śmieszne, że nigdy nie pomyślę poważnie,