Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


blask ciepło mnie otula. Komisarz przyniósł mi dużą paczkę tytoniu, nie paliłem nigdy tak dobrego — — a mimo to pracować nie mogę. Odczytuję dwie, trzy strony a gdy skończę, spostrzegam, że nie zrozumiałem ani słowa. Oko tylko czyta litery, mózg mój odtrąca jakiekolwiek pojęcie! Śmieszne! Jak by był na nim napis: Wstęp wzbroniony! Jakby nie dopuszczał żadnej myśli, prócz tej jednej: Klarimonda.
W końcu odrzucam książkę, Opieram się głęboko o poręcz fotelu i marzę.

Niedziela, 13. marca.
Dziś rano widziałem mały dramacik. Chodziłem po korytarzu tam i z powrotem, podczas gdy służący sprzątał w mym pokoju. Przed małem okienkiem od strony podwórza wisi siatka pajęcza, gruby krzyżak siedzi w niej. Pani Dubonnet nie pozwala ich tępić: pająki przynoszą szczęście, a ona właśnie nie miała szczęścia w swym domu. Wtem ujrzałem, jak drugi, daleko mniejszy pająk ostrożnie dokoła siatki biegać począł, był to samczyk. Ostrożnie posunął się po cienkiej nitce ku środkowi, ale gdy samica się tylko poruszyła, cofał się jak najszybciej. Biegł do drugiego końca i starał się znów zbliżyć. Wreszcie, zdaje się, tęga pajęczyca w środku siatki usłuchała jego zalecanek, gdyż nie ruszała się wcale. Samczyk począł się poruszać najpierw powoli, potem szybciej po jednej z nici, tak że cała siatka drgała; ale jego uwielbiana zachowywała się spokojnie. Wtedy posunął się szybko, ale ostrożnie jeszcze bliżej. Pajęczyca przyjęła to spokojnie, i pozwoliła mu, oddając się zupełnie, objąć się pieszczotnie; nieporuszeni wisieli tak oboje w sieci przez kilka długich minut.
Wtem ujrzałem, że samczyk delikatnie się oddzielał, jedną nóżką za drugą; zdawało się, jakby chciał cichutko