Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jej wąskie, czarne palce chwytają i wyciągają nici, zaiste, prawie tak jak narządy do przędzenia u owadów.
Nasz stosunek wzajemny? Właściwie jest on zupełnie powierzchownym, a jednak zdaje mi się, że jest on głębszym. Zaczęło się od tego, że ona spojrzała w moje okno, — a ja do jej okna. Patrzyłem na nią, — a ona na mnie. I to zapewne bardzo się jej spodobało, gdyż pewnego dnia, gdy znów spojrzała, uśmiechnęła się, naturalnie, że ja także się uśmiechnąłem. Było tak przez kilka dni. Coraz częściej i częściej uśmiechaliśmy się do siebie. Następnie namyślałem się może przez godzinę, czy ją pozdrowić, i nie wiem naprawdę, co mnie od tego wstrzymywało.
Wreszcie zrobiłem to, dziś po południu. A Klarimonda odkłoniła się także. Wprawdzie bardzo leciuchno ale dobrze widziałem, że skinęła głową.

Czwartek, 10. marca.
Wczoraj długo ślęczałem przy książkach. Nie mogę wprawdzie powiedzieć, że dużo przestudyowałem; budowałem bowiem zamki powietrzne i marzyłem o Klarimondzie. Spałem niespokojnie, aż do późnego rana.
Gdy do okna przystąpiłem siedziała już tam Klarimonda. Pozdrowiłem ją, a ona odkłoniła się. Uśmiechnęła się i długo patrzyła na mnie.
Chciałem pracować, ale byłem niespokojny. Usiadłem przy oknie i wpatrywałem się w nią. Wtedy spostrzegłem, że i ona opuściła ręce. Pociągnąłem za sznur białej story i w tejże chwili uczyniła ona to samo. Uśmiechnęliśmy się i patrzyli na siebie.
Sądzę, że trwało to godzinę.
Potem poczęła znów prząść.

Sobota, 12. marca.
Ostatnie dnie tak przeszły. Jem i piję i siadam do