Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ale „otrzymałem miejsce“. Dlaczego? Ah, prawdopodobnie byłem jedynym, który mądrej policyi przedłożył pewną „ideę“. Doskonałą ideę! Naturalnie była w tem błaga.
Te raporty przeznaczone są również dla policyi. I to mnie niezmiernie bawi, że tym panom piszę na samym początku, że ich sprytnie okpiłem. Jeśli komisarz jest mądrym człowiekiem, powie kiedyś: — Hm, właśnie dlatego wydawał się Bracquemont odpowiednim! — Prócz tego, zupełnie mi jest obojętnem, co później powie; dość że teraz znajduję się tu. A zdaje mi się być dobrą zapowiedzią, że czynność mą zacząłem od dokładnego okpienia tych panów.
Byłem również początkowo u pani Dubonnet, ta odesłała mnie do strażnicy policyjnej. Przez cały tydzień co dnia tam chodziłem, zawsze prośbę mą obiecywano „rozważyć“ i zawsze polecano mi przyjść po decyzyę następnego dnia. Przeważna część moich kunkurentów już dawno zaniechała swego zamiaru, mając zapewne coś lepszego do roboty, aniżeli wyczekiwać godzinami w cuchnącej strażnicy; komisarz już nawet seryo złościł się, że jestem tak uparty. W końcu oznajmił mi kategorycznie, żebym się już nie pojawiał, bo to jest bez celu. Jest mi bardzo wdzięcznym, jak wszystkim innym, za moje dobre chęci, ale nie ma wcale zajęcia dla „sił dyletanckich”. Gdybym przynajmniej miał opracowany jakiś plan działania.
Powiedziałem mu wtedy, że mam właśnie taki plan. Nie miałem go naturalnie wcale i gdyby zażądał, niemógłbym o nim nic powiedzieć. Powiedziałem mu jednak, że mój plan, który jest dobry, jest równocześnie niebezpiecznym, i może się skończyć tak fatalnie, jak działalność mego poprzednika, przeto powierzyć mu go mogę jedynie wtedy, jeżeli słowem zaręczy, że sam osobiście