Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


powiedziała. Czy przypuszczałeś, że testament będzie co innego zawierał?
Jan Olieslagers począł chodzić dużymi krokami tam i z powrotem po obszernej bibliotece: — Prawdę mówiąc, — tak! — Wszak mówiłeś, że ten rodzaj grzebania jest prastarym zwyczajem w twojej rodzinie?
— Tak.
— I że w każdym razie nie odmówiłbyś Stanisławie tego zaszczytu.
— Całkiem pewnie?
— Dlaczegoż więc kazała ci to, co samo przez się jest zrozumiałem, aż dwa razy zaprzysięgać, i to w tak uroczysty sposób?
Hrabia wziął do rąk fotografię i długo patrzył na nią. — Moja to wina, — rzekł — moja wielka wina... Pójdź, usiądź, objaśnię ci wszystko. — Widzisz, hrabina wierzyła w moją wielką dla niej miłość. Gdy potem ta miłość ją zawiodła, skoro czegoś wielkiego od niej zażądała, stało się, jakby runęła w otchłań. Gdy jej odmówiłem, o co mnie owej nocy prosiła, nie chciała wcale w to uwierzyć, co powiedziałem, sądząc, że żartuję. Tak dalece przekonana była, że miłość moja musi uczynić wszystko, czego ona zażąda. A gdy spostrzegła potem, jak słabym byłem, i jak jej puścić od siebie nie chciałem, gdy to jedyne straciła, w co wierzyła, nastąpiła dziwna w niej zmiana. Stało się, jakbym jej życiu treść odebrał; niknęła potem powoli, jak cień, jak zagasające słońce.
Tak przynajmniej zrozumiałem to wszystko.
Miesiącami nie wychodziła ze swego pokoju. Siedziała na balkonie, milcząca, rozmarzona, patrząca na śmigłe drzewa. W tym czasie nie mówiła prawie ze mną, nie skarżyła się; było, jakby się całymi dniami zagłębiała w jakiejś tajemnicy. Pewnego razu zastałem ją tu w bi-