Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przypuszczałem, że to mu będzie najbardziej odpowiadało. — Czy miałem słuszność?
Ten niezwykły rodzaj żartów wcale mi się nie podobał. Ani przez chwilę nie myślałem, że on mówi prawdę, ale przejmowało mnie niemile uczucie, pragnąłem, aby wreszcie skończył swą paplaninę. Wierzyłem naturalnie, że kadet zwąchał się z Ot-Chen i przypuszczałem, że na tym przykładzie znów wykaże mi absurd naszych europejskich pojęć o honorze i moralności. Więc powiedziałem tylko: — Ależ bezwątpienia! Zupełną słuszność! Przekonany jestem, że kadet bardzo będzie wdzięczny za to małe zwrócenie uwagi.
Ale Hong-Dok potrząsnął prawie smutnie głową: — Nie, w to nie wierzę. Przynajmniej nie powiedział o tem ani słowa. Wrzeszczał tylko.
— Wrzeszczał?
— Tak, — rzekł Hong-Dok z słodkiem, melancholijnem współczuciem — bardzo wrzeszczał. Daleko więcej aniżeli Ot-Chen. Modlił się wciąż do swego Boga, a wśród tego krzyczał. Daleko więcej aniżeli pies, gdy go się zarzyna. Był naprawdę bardzo niemiły. I dlatego zmuszony byłem kazać, by mu usta zaszyto.
Aż nadto miałem tych dowcipów, chciałem go zmusić by skończył. — Czy to wreszcie wszystko? — przerwałem mu.
— Właściwie wszystko. — Kazałem ich pochwycić i związać, potem rozebrać. Gdyż jego Bóg był także nagi, gdy na krzyżu umierał, nieprawdaż? Potem zaszyto im usta i ukrzyżowano ich; potem kazałem ich wrzucić do rzeki. To już naprawdę wszystko.
Ucieszyłem się, że skończył. — No, i cóż to wszystko znaczy? — Czekałem wreszcie na wyjaśnienie.
Hong — Dok popatrzył na mnie zdziwiony, udając,