Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dziutko, jakby mi przynosił najlepszą jaką wiadomość: — Przyszedłem, aby panu coś powiedzieć. Ukrzyżowałem kadeta okrętowego i Ot-Chen.
Chociaż mówienie żartów nie było wcale zwyczajem Hong-Doka, odniosłem przy tej przesadnej wiadomości tylko jedno uczucie: za tem kryje się jakaś niespodzianka. Podobał mi się tak dalece jego czuły, sam przez się zrozumiały ton, że wpadłem weń odrazu i zapytałem go równie spokojnie: — Tak? I cóż jeszcze pan z nimi uczyniłeś?
Odpowiedział: — Zeszyłem im usta.
Tym razem zaśmiałem się: — Ach, cóż też pan nie powiada! — A jakież przyjemności wyświadczył pan jeszcze obojgu prócz tego? — I dlaczegoż to?
Hong-Dok mówił spokojnie i poważnie, a słodki uśmieszek nie opuszczał jego ust. — Dlaczego? Przychwyciłem ich — „in flagranti“.
Słowo to tak mu się podobało, że je powtórzył.
Słyszał je gdzieś, czy przeczytał i wydało mu się strasznie śmieszne, że my Europejczycy tak szczególną wagę do tego przywiązujemy, jeśli się jakiegoś nicponia właśnie podczas jego czynności przychwyci; jak by to nie było wszystko jedno, czy go się podczas tego, czy potem, czy przedtem przyłapie. Wypowiedział to z silnym naciskiem, z łatwą do zauważenia przesadą, która okazywała tak dobrze jego szyderczą pogardę: — In flagranti. — Nieprawdaż, wtedy — posiada w Europie prawo oszukany mąż ukarać złodzieja swego honoru?
To słodkie szyderstwo było tak pewnem, że nie znalazłem słów by mu odpowiedzieć. On zaś ciągnął dalej z tym samym przyjaznym uśmieszkiem, jak gdyby mówił o najzwyklejszej w świecie sprawie: — Ukarałem go przeto. A ponieważ jest chrześcianinem, więc uważałem za najlepsze, wybrać mu chrześciański rodzaj śmierci