Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Z cichego, przyjaznego kraju powstał inny, rozbrzmiewający ustawicznie mordem i rzezią, ale przed pałacem nad Czerwoną Rzeką zgiełk milknął. A przodkowie Hong-Doka gardzili tak samo dzikiemi bandami z północy, jak gardzili własnym ludem; nic nie mogło zapełnić niezgłębionej przepaści. Zwierzęta to były, podobnie jak tamci — ale oni byli ludzmi, którzy znali mądrość filozofii.
Dopóki nie uderzył piorun w mgłę rzeki. Skądś z dalekich brzegów przybyły niezwykle białe istoty i ojciec Hong-Doka poznał radośnie zdziwiony, że to są ludzie. Czuł wprawdzie różnicę, jaka zachodzi między nimi i obcymi, ale różnica ta była nieznaczną w porównaniu z temi, które dzieliły go od krajowców. A jak wielu innych arystokratów Tonkinu odczuł zaraz, że on do nich należy, a nie do tamtych. Stąd jego ciągle gotowa pomoc od pierwszej chwil, polegająca przedewszystkiem na tem, że nauczył Francuzów odróżniać cichych, przyjacielskich pratubylców od wojowniczych hord z północy. A gdy go ci następnie zamianowali cywilnym prefektem nad całą okolicą, patrzyła nań ludność nie inaczej, jak na właściwego, krajowego księcia. On uwolnił ich od ucisku czarno-chorągwianych, Francuzi byli tylko jego narzędziami, obcymi wojownikami, których tu przywołał; uchodził przeto wśród ludu za władcę, tak samo nieograniczonego, jak ongi jego przodkowie, o których opowiadano na poły zapomniane historye.
Tak wzrastał Hong-Dok, syn księcia, który sam miał panować. Jak jego ojciec, uznawał on w Europejczykach ludzi, a nie głupie zwierzęta. Ale on zadał sobie trudu, teraz, gdy szczęście starego pałacu się utrwaliło, by przypatrzeć się bliżej tym obcym, poznać różnice, dzielące jego od nich i ich samych między sobą. W ciągłej styczności z legionem wzrok jego stał się tak pewnym, jak