Strona:Hanns Heinz Ewers - Opętani.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dlawszy, wisiała jak wór w jej ramionach. Nie mówiąc ani słowa zstępowała w dół po schodach. Ludzie rozstępywali się przed nią, ktoś zdjął nawet przed nią kapelusz. Zawołała na swego woźnicę, i pomagała mu sama wpakowywać swój towar do mailcoacka. Potem wsiadła na kozioł, chwyciła lejce, cmoknęła, trzasnęła przeciągle z bicza nad czwórką.
Chatenay wyciągnął mnie z loży. — Czyś zwarjował? — zawołał — Czy chcesz, aby cię tu zabito? — Dotarliśmy do powozu. — Dworzec! — krzyknął do woźnicy.
— Na dworzec? — zapytałem — Po co?
— Obiecaliśmy przecie Ritterowi, że odszukamy go jutro w San Pedro! O ósmej rano zaczyna on swój bieg, na godzinę przed tem będziemy tam! Przyjeżdżamy jeszcze na czas do pociągu.
— Teraz odjeżdżać? — zawołałem — Teraz, gdy tu zaczyna być zajmująco?
— Ach! co tam zajmującego! — zawołał Chatenay — Zaburzenia można dziś często widzieć. Co cię obchodzi jakaś rewolucya! Niech się te afery same bez nas załatwiają!
Pojechałem z nim, wbrew swej woli, za słaby jednak byłem, by mu się oprzeć. I dobrze się stało: odnalazłem znów siebie samego, gdy następnego dnia na angliku Rittera siedziałem startując go do biegu z gniadoszem Birbauera. Albowiem zeszedłem był ze sceny swego życia, zniknąłem w zapadni, ustąpiłem miejsca kobiecie, która kradnie mi moje ciało.
Stało się to, gdy madame Baker postąpiła do skraju loży. Czułem dobrze, że wtedy się rozpłynąłem, że wszystko się we mnie rozpada, nic więcej nie zostało z mężczyzny, który przed chwilą bezczelnie się śmiał z ordynarnych scen na arenie. Czułem trwogę, byłbym się skrył gdzieś,