Strona:Gustaw Meyrink - Golem.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z niego wypłynęła. Zapewne był obłąkany pan dr. Charousek.
Pisarz z hałasem cofnął swe krzesło w tył i wręczył mi pióro do podpisu.
Wtedy przybrał dumną postawę i przemówił niemal tonem barona, swego przełożonego:
„Dozorco, wyprowadzić tego człowieka.

Jak przed dawnym, dawnym czasem znów człowiek z szablą i w gaciach w izbie wartowniczej trzymał na kolanach młynek do kawy; ale teraz mnie nie rewidował, tylko zwrócił mi moje drogie kamienie, portmonetę z 10 guldenami, płaszcz i inne rzeczy.

Wreszcie stałem na ulicy.
„Mirjam! Mirjam! Teraz nakoniec znów się zobaczymy! — Powstrzymywałem w sobie okrzyk najdzikszego rozradowania.
Była zapewne północ. Księżyc w pełni toczył się, pozbawiony blasku, jak płowy talerz mosiężny, po za mgłą obłoków.
Ulice pokrywała gęsta lepka warstwa błota.
Przywołałem dorożkę, która w oparach wyglądała jak połamany potwór przedpotopowy. Nogi mi odmawiały posłuszeństwa; prawie zapomniałem chodzić i chwiałem się jak tabetyk na bezwraźliwych podeszwach.
„Dorożkarzu, proszę mię zawieść, jak możecie najprędzej, na Koguci zaułek, numer 7.
„Czyście zrozumieli?
„Koguci zaułek numer 7?