Strona:Gustaw Meyrink - Golem.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Czemuż to pan tak trwożliwie zapytywał się przedtem o moje przeżycia, skoro pan stoi tak o wiele, o wiele wyżej odemnie? „zagadnąłem go wreszcie.
„Pan się myli — rzekł Laponder — stoję znacznie niżej od pana. — Pytałem pana, bom czuł, że pan posiada klucz, którego mi brakło“.
„Ja? klucz? O Boże!
„Tak jest, pan. I pan mi go dał. Nie sadzę, aby na świecie był człowiek szczęśliwszy, niż ja jestem dzisiaj.
Na zewnątrz dał się słyszeć hałas. Rygiel zazgrzytał. Laponder nie zwracał na to wcale uwagi.
„To co pan mówił o Hermafrodycie — był to dla mnie klucz. Teraz mam pewność. Już dla tego jestem zadowolony, że mnie stąd wyprowadzą, bo wnet będę u celu.
Od łez nie mogłem już rozróżnić twarzy Lapondera, słyszałem tylko uśmiech w jego głosie.
„A teraz: żyj pan szczęśliwie, panie Pernat, i pomyśl pan; to, co jutro powieszą, będzie to jedynie moja suknia. Pan mi odsłonił najpiękniejszą rzecz, to czego jeszcze nie wiedziałem. Teraz idziemy na wesele“ — — — wstał i szedł za strażnikiem „to jest w związku z morderstwem seksualnem“ były to ostatnie słowa, które słyszałem i których znaczenie pozostało dla mnie ciemne.

Od tej nocy — ile razy świecił na niebie księżyc w pełni — zdawało mi się zawsze, że znów widzę na szarem płótnie siennika leżącą uśpioną postać Lapondera.
W najbliższych dniach po jego wyprowadzeniu słyszałem na placu egzekucyjnym odgłos robót ciesielskich i kowalskich, co nieraz trwało aż do szarego świtu.
Odgadłem co to znaczy — i godzinami całemi uszy sobie zamykałem z rozżalenia.
Mijał miesiąc za miesiącem. Z chorobliwej po-