Strona:Gustaw Meyrink - Golem.djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„To zależy“ odrzekł spokojnie, ale jakiś sens był dwuznaczny w jego słowach.
„Pan nie wierzy? — zapytałem z uśmiechem. Pokiwał głową.
„Jak ja to mam rozumieć? Cóż pan tak straszliwego popełnił? Wybacz pan, panie Laponder, nie ciekawość to z mojej strony, ale właśnie współczucie — że pytam.
Wahał się chwilę, potem rzekł, nawet nie drgnąwszy powieką:
„Morderstwo na tle seksualnem.
Zdawało mi się, jakby mię ktoś pałką uderzył w głowę. — Ze wstrętu i zgrozy nie byłem w stanie wymówić słowa. — Laponder, zdaje się, zauwazył to i dyskretnie spoglądał na stronę, ale najłagodniejsza gra rysów w jego automatycznie uśmiechniętej twarzy nie zdradzała, aby moja nagła zmiana zachowania się uraziła go w najmniejszym stopniu.
Nie zamieniliśmy już więcej ani słowa ze sobą — niemo spoglądaliśmy wzajem na siebie. — —
Gdy nastała ciemność położyłem się na pryczy; i on natychmiast poszedł za moim przykładem; rozebrał się, starannie powiesił odzież na gwoździu w ścianie, rozciągnął się i, o ile sądzić było można, z jego spokojnych, głębokich oddechów, natychmiast się pogrążył we śnie.
Całą noc nie mogłem się uspokoić.
Nieustanne poczucie, że mam w swojem najbliższem sąsiedztwie taką ohydę i że obaj oddychamy jednem i tem samem powietrzem, było mi tak przykre i dręczące, że wszystkie wrażenia dnia dzisiejszego, list Charouska i wszystkie nowe przeżycia w głąb się usunęły i chwilowo zniknęły.
Takem się położył, że ciągle miałem przed oczami mordercę, gdyż nie byłbym w stanie wytrzymać, gdybym go miał poza sobą.
Cela od poblasku księżyca była matowo pół oświetlona — i mogłem widzieć, jak Laponder le-