Strona:Gustaw Meyrink - Golem.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




KSIĘŻYC.

„Czy pan już był na przesłuchaniu“ zapytałem po chwili.
„Właśnie stamtąd przychodzę. — Mam nadzieję, że nie długo będę tu szanownego pana niepokoił“ — odpowiedział mi w sposób bardzo miły.
„Biedaczysko — pomyślałem — nie przeczuwa, co to go czeka pod śledztwem.
Chciałem go zwolna przygotować.
„Przywyka się w końcu do tego spokojnego istnienia, skoro tylko miną pierwsze dni najprzykrzejsze.
Zrobił pojednawczy wyraz twarzy.
Przerwa.
„Czy długo trwało przesłuchanie, panie Laponder?
Uśmiechnął się z roztargnieniem.
„Nie. Pytano mię tylko, czy się przyznaję i musiałem podpisać protokół.
„Pan podpisał, że się przyznaje? wyrwało mi się mimowoli.
„Oczywiście.
Mówił, jakby to rozumiało się samo z siebie.
Musiał to być jaki drobiazg, pomyślałem sobie, gdyż nie widać w nim żadnego podniecenia. Może jakie wyzwanie na pojedynek lub coś podobnego.
„Jestem tutaj niestety już tak długo, ża mi się wydaje, jakbym siedział sto lat;“ — westchnąłem mimowoli, on zaś natychmiast przybrał minę współczującą. „Życzę panu, aby pan tego nie doznał, panie Laponder. Ostatecznie z tego co widzę, sądzę, że pan wkrótce znów się znajdzie na wolnej stopie.