Strona:Gustaw Meyrink - Golem.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Przedemną wynurzyła się okrągła świecąca plama i w świetle księżyca poznałem znowu nogi mego łóżka. Sen ogarniał mnie jeszcze, jak ciężki wełniany płaszcz, a imię Pernat, jak gdyby wypisane złotemi literami pozostawało w mojej pamięci. Gdzie ja to imię czytałem?.. Atanazy Pernat?
Przypominam sobie, dawnemi czasy zamieniłem gdzieś swój kapelusz i dziwiłem się wtedy, że tak jest dopasowany, chociaż głowę mam o bardzo niezwykłym kształcie. Zajrzałem wtedy do cudzego kapelusza i — tak, tak, było w nim złotemi papierowemi literami na białej podszewce napisane:

ATANAZY PERNAT

Nie wiem dlaczego, poczułem do tego kapelusza wstręt i nawet się go lękałem. Wtem uderzył mię, jak strzała zapomniany głos, który chciał się odemnie dowiedzieć, gdzie się podział kamień, wyglądający, jak słonina. Szybko wyobraziłem sobie ostry, słodko szydzący profil rudej Rozyny i w ten sposób udało mi się uchylić od pocisku, który natychmiast zginął w mroku.
Tak, twarz Rozyny! To jest jednak silniejsze niż bezmyślnie paplający głos, i rzeczywiście gdy się znowu ukryję w swoim pokoiku na Kogucim zaułku, mogę być zupełnie spokojny.