Strona:Gustaw Meyrink - Golem.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przerwało, opanowało mnie — i całe serce otwarłem przed Mirjam.
Opowiedziałem jej, jak drogiemu, staremu przyjacielowi, z którym całe życie przepędziłem i przed którym niema żadnej tajemnicy, jak to było ze mną i w jaki sposób mimowoli z opowiadania Zwaka dowiedziałem się, że w ubiegłych latach byłem obłąkany i pozbawiony wspomnienia przeszłości; — jak w ostatnich czasach zaczęły we mnie budzić się obrazy, tkwiące korzeniem w tych dniach zapomnianianych; jak nachodzą mię coraz częściej a częściej i że drżę z trwogi przed tą chwilą, gdy wszystko mi się na nowo objawi i gdy mię zacznie szarpać na nowo.
Przemilczałem tylko to, co się łączyło ze stosunkiem do Hillela i moje przeżycia w podziemnych przejściach — i wszystko pozostałe.
Zwróciła się do mnie bardzo blizko i słuchała mię z zapartym oddechem głęboko wzruszona, co działało na mnie niewymownie dobrze.
Nareszcie znalazłem człowieka, przed którym mogłem się wywnętrzyć, gdy mi zbyt ciężkiem się stanie moje osamotnienie duchowe. Niewątpliwie, był jeszcze Hillel, ale ten wydawał mi się istotą, jakby poza obłokami, która się ukazywała i znikała jak światło, do której nie mogłem dosięgnąć, gdy tęskniłem.
Powiedziałem to jej i zrozumiała mnie. I ona tak go widziała, chociaż był to jej ojciec. Miał on dla niej miłość nieskończoną — równie jak ona dla niego — „a jednak jestem z nim przedzielona jak by ścianą ze szkła — zwierzyła mi się — której nie jestem w stanie przestąpić. Tak jest od chwili, gdy zaczęłam myślić“. — Kiedy jako dziecko widziałam go stojącym we śnie przy mojem łożu, zawsze zdawało mi się, jakoby nosił szatę wielkiego kapłana, złotą tablicę Mojżesza z dwunastu na niej kamieniami na piersi, a błękitne świetlane promienie