Strona:Gustaw Le Bon-Psychologia tłumu.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


respekt, przytłaczając go jakimś niepojętym urokiem zaraz przy pierwszem wejrzeniu“.
Gdy Napoleon stał się wielkim człowiekiem, jego urok rósł razem ze sławą i w końcu równy był conajmniej temu, który bóstwo posiada w oczach swych wyznawców. Jenerał Vandamme, żołdak rewolucyjny, jeszcze bardziej brutalny i energiczny niż Augereau, rzekł pewnego razu w roku 1815-ym do marszałka Ornano, wchodząc z nim do Tuileryów: „Ten dyabeł wywiera na mnie urok, z którego nie mogę sobie zdać sprawy. Zbliżając się doń, ja, który się nie boję ani Boga ani dyabła, drżę jak dziecko i na jego rozkaz przelazłbym przez licho igły, aby rzucić się w ogień“.

Taki sam urok miał Napoleon dla wszystkich, którzy się doń zbliżali.[1]

  1. Dobrze świadom tej swojej potęgi, Napoleon wiedział, że podnosi ją, obchodząc się z otaczającemi go wielkiemi osobistościami, wśród których był niejeden z owych słynnych a tak groźnych dla całej Europy członków Konwencyi, gorzej niż z masztalerzami. Spółczesne opowiadania pełne są tego rodzaju faktów. Pewnego dnia na posiedzeniu Rady stanu Napoleon po grubiańsku ofuknął Beugnot’a traktując go, jak niezręcznego lokaja. Gdy to zrobiło już należyty efekt, cesarz zbliżył się doń i rzekł: „I cóż, duży idyoto, czyś przyszedł do siebie?“ Na te słowa Beugnot, wysoki jak tambour-major, schylił się bardzo nisko, a mały kapral, podnosząc rękę, wziął go za ucho. „Znak to był wielkiej łaski, — pisze Beugnot — ulubiony gest pana, gdy się udobruchał“. Podobne przykłady dają dobre pojęcie o wielkiem służatstwie, jakie może wywoływać urok. Pozwalają one też zrozumieć olbrzymią pogardę, jaką żywił