Strona:G. K. Chesterton - Charles Dickens.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i ogarnął powolnym ogniem całą powieść. Oczywiście przemienił całą powieść, zmienił ją do niepoznania, i wywołał jedną z licznych bitew wydanych przez Dickensa; gdyż jego wojownicza zarozumiałość nie pozwalała mu uznać słuszności najłagodniejszej krytyki. Z niewyczerpaną pomysłowością wynajdywał usprawiedliwienia, które zwykle powstawały pod wpływem późniejszych refleksyj. Zamiast wesoło uznać nieprawdopodobieństwo postaci Pecksniffa, przeciwstawiał się krytykom z mądrą a niesprawiedliwą ironją, i twierdził iż się wcale nie dziwi że Pecksniffowie wypierają się prawdziwości wizerunku Pecksniffa. Skoro zarzucano mu że pycha starego Pawła Dombeya łamie się tak raptownie jak złamana laska, starał się udowodnić, że w duszy Dombeya toczyła się długotrwała psychologiczna walka, której ograniczony czytelnik nie mógł dostrzec. Dowodzenie to oczywiście niema sensu. W podobny sposób odpowiadał tym, którzy mu wykazywali jasny i niezbyt obrażający fakt, że nasze uczucia dla Pickwicka są bardzo różne w drugiej części książki, od naszych uczuć dla niego w pierwszej jej połowie; że w pierwszej części mamy do czynienia ze śmiesznym starym błaznem, a nawet ze śmiesznym oszustem, a przy końcu żegnamy wytwornego starego angielskiego kupca, uosobienie zdrowego rozsądku. Dickens usprawiedliwiał się i odpowiadał z tąż samą pomysłowością jaką wykazywał w podobnych wypadkach,