Strona:G. K. Chesterton - Charles Dickens.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzędu wielkich proroków. Jesteśmy ludźmi małej wiary, a trudno nas zadowolnić. Zaledwie możemy uwierzyć w istnienie ludzi wielkich. Tymczasem nasi poprzednicy zaledwie dopuszczali myśl, że mali ludzie istnieją. Modlimy się wciąż, aby oczom naszym danem było oglądać wielkość, zamiast modlić się aby wielkość wypełniła nasze serca. I tak, gdy partja liberałów była w okresie upadku, członkowie tego stronnictwa, (do którego sam należę), powtarzali wciąż: „Ach, gdybyśmy mieli Gladstone’a!“ Pragnęliśmy wciąż umocnienia z góry, zamiast wzmacniać partje od podstaw naszemi nadziejami, naszym gniewem i naszą młodością. Każdy wyczekiwał przewodnika, zamiast wyczekiwać sposobności przewodniczenia. Jeśli jakiś bóg ma przyjść na ziemię, zstąpi tylko pomiędzy śmiałków. Nasze błagania i litanje nie pomogą, nasze zabobony wzbudzają wstręt. Wielki człowiek zjawi się, gdy wszyscy poczujemy się wielkimi, nie zaś gdy wszyscy czujemy się małymi. Zstąpi w chwili cudownej, kiedy uświadomimy sobie wszyscy, że moglibyśmy się bez niego obejść.
Możemy więc już teraz odpowiedzieć na pytanie: „Dlaczego niema wśród nas ludzi wielkich“? Nie mamy ich głównie dlatego, że ich ciągle szukamy.
Jesteśmy znawcami wielkości, a taki znawca nigdy sam wielkim nie będzie. Jesteśmy wybredni, czyli mali. Kiedy Diogenes z latarnią szukał uczciwego człowieka, miał przypuszczalnie sam za mało czasu, aby być uczciwym. A gdy ktoś na klęczkach