Strona:G. K. Chesterton - Charles Dickens.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


o rzeczywiste o niej zapomnienie. A skoro jakaś cywilizacja prawdziwie zapomina o reszcie świata — wyklucza resztę świata jako rzecz ciemną i barbarzyńską — jest tylko jeden przymiotnik dla określenia ostatecznego przeznaczenia tej cywilizacji, a tym przymiotnikiem jest słowo „chińska“.
Ameryka Marcina Chuzzlewita jest domem warjatów, lecz domem warjatów do którego dążymy wszyscy. Gdyż skończonność, a nawet wygoda są nieomal synonimami obłąkania. Warjat to człowiek, który żyjąc w małym światku, myśli że jest to świat wielki; żyje, obejmując jedną dziesiątą prawdy, a myśli że obejmuje całą prawdę. Warjat nie wyobraża sobie innego wszechświata poza jakąś bajką, lub spiskiem, lub wizją. Przeto im jaśniej widzimy świat podzielony na Anglosasów i nie Anglosasów, na nasze wspaniałe jaźnie i na resztę ludzkości, tem pewniejsi być możemy że pomału i spokojnie zdążamy do warjacji. Im bardziej prostem i zadawalniającem wydaje się nam nasze państwo, tem bardziej powinniśmy wiedzieć, że żyjemy w świecie nierealnym. Gdyż świat rzeczywisty nie jest zadawalniający. Im oczywistszemi wydają się nam fakty wyższości Anglosasów, tem pewniej powinniśmy wiedzieć, że żyjemy we śnie. Gdyż świat rzeczywisty nie jest jasny ani prosty. Świat realny jest pełen rzeczy, które zdumiewają i pokrzepiają, a także i brutalnych niespodzianek. Idea wygody jest błogosławieństwem i przekleństwem Anglików jak również Amerykanów typu