Strona:G. K. Chesterton - Charles Dickens.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ckensowi, zarówno jak wielkiemu państwu, które go powitało, aby pamiętano o jego pierwszych, dodatnich wrażeniach, które: „rozpatrywać trzeba niezależnie od późniejszych zmian“. Zmiany późniejsze były, jak powiedziałem powyżej, poprostu nagłem kopnięciem obłudy, a raczej ciągłego powtarzania. Dickens najzupełniej się skłaniał do uwierzenia, że wszyscy Amerykanie są wolnymi ludźmi. Byłby temu uwierzył, gdyby mu tego wszyscy nie powtarzali. Był zupełnie przygotowany do zachwycanie się Ameryką. Byłby się nią zachwycił, gdyby sama sobą nie była tak bardzo zachwycona. „Zmiany“ jego zapatrywań nie nastąpiły skutkiem przemian zaszłych w Ameryce od czasu jak ją zobaczył po raz pierwszy. Jego podziw nie zmienił się z tego powodu. Uległ zmianie dlatego, że Ameryka pozostała niezmienioną. Yankesi doprowadzili go wreszcie do pasji, nie wskutek tego że mówili rozmaite rzeczy, lecz dlatego że powtarzali wciąż to samo. Byli republikanami, byli nowym i silnym krajem, i wydawałoby się zupełnie naturalnem gdyby to powiedzieli słynnemu cudzoziemcowi, który po raz pierwszy na ich ziemię zawitał. Lecz Dickensa doprowadzało do szaleństwa, że powtarzali to sobie od rana do wieczora, w każdym wagonie, w każdym szynku. Nie to go drażniło, że Amerykanie przestali chwalić Dickensa, a raczej to, że wychwalali go bezustannie. Nietylko pochwały dla jego osoby brzmiały cudownie skoro je posłyszał po raz pierwszy, ale tak