Strona:Fryderyk Chopin.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ciągiem“, a więc przypływem czy odpływem — wedle niewzruszonych praw — jak olbrzymi oddech oceanu. Jest ona również — jak twierdzą liczni melancholicy — ostatnią już granicą, tragiczną Ultima Thule pewnego okresu kulturalnego, do którego dobiegła fala przypływu, aby się nigdy nie cofnąć! Ów skrajny pesymizm nie zmienia jednak zasadniczo naszego stanowiska. W abstrakcyjnym formalizmie dzisiejszej plastyki np., w skrajnym intelektualizmie dążeń do ostatecznego rozwiązania problematu formy, tli się, gdzieś na dnie twórczych wzruszeń skrzętnie zresztą skrywana, wiara w ponaddziejową, absolutną wartość sztuki (coprawda paradoksalna niemal na tle „futuryzmu“, jako pewnej sui generis, „filozofji życiowej“). Wiara — być może — niepotwierdzona dość przekonywającemi argumentami istotnych dzieł sztuki. I to jednak nie uprawniałoby do tak czarnego pesymizmu. W chao-