Strona:Ferdynand Ossendowski - LZB 03 - Krwawy generał.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


IV.
STARY WRÓŻBIARZ.

Opuściwszy klasztor, jechaliśmy drogą urtońską. Konie były słabe i zniszczone ciągłą jazdą z rozkazu pułk. Kazagrandiego oraz miejscowego „choszunnego“ księcia, Dajczyn-Wana. Prócz tego do Wan-Kure podążał Pandita gegeni z 30 jeźdźcami eskorty, śpiesząc na spotkanie z baronem Ungernem.
Zmuszeni byliśmy zanocować na ostatnim urtonie, gdzie dozorcą był stary, otyły pastuch; oprócz niego w jurcie zastaliśmy jego syna, młodego olbrzyma o pięknej, śmiałej twarzy.
Gdy z zachwytem spoglądałem na tak wspaniały okaz ludzki, stary, uśmiechając się z dumą, rzekł:

— Ten młodzik zrobi swoje w życiu! Już teraz, z rozkazu księcia, gołemi rękami schwytał w górach stare, zdziczałe jaki i przywlókł je do książęcej jurty. Książę dał mu zato tytuł „merina“[1].

  1. Urzędnik, naczelnik powiatu.