Strona:Ferdynand Ossendowski - LZB 03 - Krwawy generał.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Młodzian nawet nie spojrzał na nas; siedział zadumany i palił fajkę.
Wieczorem, po kolacji stary wziął łopatkę baranią, starannie ją oczyścił nożem, opalił do czarna na węglach, otrząsnął z popiołu i uważnie rozglądał pod światło ogniska.
— Będę ci wróżył... — rzekł i nagle urwał, z przerażeniem patrząc mi w oczy.
— Cóżeś zobaczył? — spytałem, uśmiechając się.
— Milcz! — szepnął Mongoł. — Widziałem rzecz straszną...
Znowu położył kość na węgle, potem zaczął ją oglądać ze wszystkich stron, szepcąc modlitwy i zaklęcia.
Przejmującym i wystraszonym głosem szeptał przepowiednie:
— Ponura śmierć od wysokiego człowieka o rudych włosach i białej, jak mleko, twarzy stanie za tobą i będzie czyhać, długo, długo. Inny znów straszny, biały człowiek stanie się twoim przyjacielem... Stracisz wielu znajomych, zanim nastąpi czwarty dzień... gdyż umrą od długiego noża... Już widzę, jak ich ciała szarpią psy... Pamiętaj o małym trójkącie na wierzchołku dużego... Strzeż się człowieka o głowie w kształcie siodła. Ten będzie szukał twojej śmierci... Przez krzyż,