Strona:Ferdynand Ossendowski - LZB 03 - Krwawy generał.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mioty, rozkulbaczał konie i pętał im nogi, aby puścić na paszę.
Bezrodnow jednak zatrzymał się w domu jednego z kolonistów i natychmiast zawezwał mnie do siebie.
Kapitan przyjął mnie nadspodziewanie grzecznie i nalał mi duży kieliszek wódki, gdyż siedział właśnie przy obiedzie.
Podziękowałem, lecz nie chciałem pić.
— Gniewa się pan? — uśmiechnął się kapitan.
— W stosunku do gwałtu, uczynionego nade mną, słabo powiedziane! — odparłem. — Jestem oburzony i będę szukał zadośćuczynienia.
— To pańskie prawo! — poważnie rzekł kapitan.
— A-a! — pomyślałem. — Przysługują mi jeszcze jakieś prawa, więc śmierć narazie nie jest mi sądzona.
Zaspokoiwszy głód, Bezrodnow przeprosił mię, że jadł w mojej obecności. Przeszliśmy do przyległego pokoju.
— Niech pan wybaczy, że musiałem go zatrzymać i zmusić do powrotu — zaczął — lecz pan zrozumie, iż, mając rozkaz barona Ungerna, „zlikwidowania“ Uliasutaju, chciałem słyszeć od tak czynnego uczestnika wypadków o ich przebiegu, aby sprawiedliwości mniej lub więcej stało się zadość.