Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Trębacz cesarski.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Rad jestem starać się, wasza cesarska mość! — odpowiedział donośnym, radosnym głosem kadet, nieruchomy, wyprostowany, niby w ziemię wrośnięty.
Cesarz wysłuchał raportu dyrektora, podał mu rękę i, obejrzawszy kadetów ostrym, przenikliwym wzrokiem zimnych oczu, krzyknął:
Zdorowo, rebiata!
Kompanja, wytężając piersi, na całe gardło ryknęła ustawowe powitanie:
— Życzymy zdrowia waszej cesarskiej mości!
Mikołaj, mając przy sobie dyrektora korpusu, a za sobą, — całą świtę w barwnych, kapiących złotem mundurach, białych rejtuzach, lśniących botfortach, szybkim krokiem skierował się do gmachu.
Nagle obejrzał się i krzyknął:
— Trębacz, za mną! Graj pobudkę!
Znowu drgała i rozbrzmiewała trąbka, rozsadzana parciem potężnego oddechu, a cesarz z lubością słuchał tych dźwięków przedziwnie czystych, trwożnych, jeszcze bardziej oszałamiających sztywne, nieruchome szeregi kadetów, zgromadzonych w sali.
Mikołaj powitał młodzież zwykłem, żołnierskiem pozdrowieniem i kazał im przejść przed sobą.
Kadeci maszerowali sprawnie, wpatrując się prawie nieprzytomnie w surowe oblicze i zimne, blade oczy cara.
Mikołaj rzucał kompanjom krótkie podziękowanie, na co chłopcy odpowiadali hucznemi okrzykami.
Podczas marszu, gdy dochodziła szósta klasa, zaszedł nieoczekiwany wypadek.